Krakowski Rynek zamienił się w wędrowny trakt żywcem przeniesiony gdzieś z Czarnohory. Wszystko za sprawą Hucułów. Jeźdźcy z Polski, Węgier i Słowacji Jeźdźcy zaprezentowali tradycyjne oporządzenie huculskiego konia: drewniane siodła - tarnice, besachy, łyżniki.

Na krakowskim Rynku można było się przekonać nie tylko jak wyglądają huculskie konie, ale również jak brzmi sobiłka, charakterystyczna sześciootworowa fujarka - w ogóle jak brzmi huculska muzyka wykonywana przez nie byle kogo, bo Hucułów Mikołaji Eljyka z Werhowyny prowadzona przez słynnego Jurę Tafijczuka z Bukowca.

Komu za mało było huculszczyzny na Rynku lub chce dowiedzieć się więcej o ich kulturze, obyczajach i pochodzeniu, powinien odwiedzić Muzeum Narodowe i wystawę "Na wysokiej połoninie". Tytułem nawiązuje do trylogii Stanisława Vinzenza, pisarza zwanego Homerem lub lirnikiem hucułów. Jego wspaniała proza opisująca tak powszechną w II Rzeczpospolitej wielokulturowość wschodniego pogranicza jest niestety mało znana. Po II wojnie światowej wydawał jedynie na emigracji, przede wszystkim w paryskiej "Kulturze". Ale jak widać nawet  40 lat po jego śmierci dalej jesteśmy zainteresowani huculszczyzną.

Barwny korowód będzie jeszcze można spotkać w poniedziałek w Rabce a w najbliższy weekend w stadninie koni w Nielepicach.

(Kronika,G.M.)